tu chwilowo nic się nie dzieje, bo czasu mało. Ale będzie, będzie :-)

Tango …..i to nie byle jakie, to Tango argentino.
W początkach 2012 roku Kachna trafiła na rzeszowskie informacje o tworzeniu grupy tangowej. Dwa trzaśnięcia drzwiami w samochodzie i….pierwsze kroki, pierwsze takty..……litości !! Przygnębienie sięgnęło piekieł dna. Rozpacz. Gdzie tu jest rytm ?! Jak nałożyć kroki na płynącą muzykę ?? Nijak się to miało do znanych zasad tańca. Krok – rytm – muzyka….nic z tych rzeczy.

Dziś już wiemy jedno – Tango argentino tańczy się sobą na tle płynącej muzyki. Tego nie „wtupuje” się w rytm muzyki. Tę muzykę maluje się w przestrzeni własnymi ciałami……ciałAMI nie ciałEM…Tanga nie można tańczyć, ba nawet ćwiczyć solo, bo……wygląda po prostu kaleko i głupio. To musi dwójka ludzi (choć widziałem tangowe tercety) która chce być tu i teraz razem ze sobą. Tego nie da się „odtupać” na raz, dwa i trzy. Nie no, da się, ale to już nie będzie argentino.

Jednak takowy stan osiąga się po długim czasie. W tangu nie można walczyć o porządek i poukładanie na parkiecie. Tango trzeba wyczuć, wyczuć jego zamorski aromat, jego żar, porywczość i zaborczość. Siłowo i na przymus…..odpada. Tango wtedy sponiewiera, umęczy i wygoni człowieka z parkietu milongi.

Nasza droga w Tangu była z początku bardzo trudna, smutna niejednokrotnie i sięgała totalnej rezygnacji. Jednak już tydzień potem wchodziliśmy na parkiet. Coś nas ciągnęło do muzyki z bandoneonu, do Przyjaciół.

Ale o Przyjaciołach z parkietu, już innym razem, na tutejszym blogu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *