Bieszczadzkie prapoczątki

Był rok 1985, kiedy to dwóch moich kolegów ze szkoły zaproponowało mi wspólny wyjazd w Bieszczady. Byliśmy dopiero co po maturze i po egzaminach wstępnych na uczelnie. Jednym słowem – wolność, wolność wlewała się nam w arterie krwionośne wraz z letnim słońcem. Świat przed człowiekiem stał otworem, i wtedy jeszcze zdawało się młodemu człowiekowi, że to Otwór Właściwy. No cóż, wiele lat później życie brutalnie zaczęło weryfikować ten miraż, iż pokazało, że ów świat ma jeszcze insze dziury, którymi to na człeka się wypina. Pies go trącał.

Tak i mając w tle milczące drżenie matczynego serca, zebraliśmy rozmaite graty w plecaki i zaczęła się nasza przygoda z górami. Moja z nimi zażyłość trwa po dziś dzień. Do tej pory moje wszelakie wyjazdy odbywały się w towarzystwie rodziców, nad morza, jeziora. Totalna stagnacja – kwatera, namiot, plaża. Tu zaś przed nami stały góry, które trzeba było przejść, pokonać.

Droga nasza rozpoczęła się autobusiasto. Tego się nie zapomina. Tak zwane „ogórki”, autobusy głębokiego PRL-u; stareńkie, wysłużone, głośne niemiłosiernie, śmierdzące spalinami, olejami i woniejące rozgrzaną tapicerką, za przeproszeniem. Tego ryku silnika przy zmianie biegów pod górę, tej ciasnoty wewnątrz – tego nie da rady zapomnieć. Po godzinach walki z serpentynami i górkami autobus z sykiem przedśmiertnym i zgrzytem otchłani piekielnych zacumował na placu w Ustrzykach Górnych. Ktokolwiek tam teraz będzie bawił, niech ma świadomość – to już daaaawno nie jest ten obraz, który pojawił się naszym oczom. To już dawno nie są te Ustrzyki. Teraz to prawie kurort. W ’85 roku XX wieku to była bidniuśka osada zamieszkana przez ludzi lasu. Drwale, bo o Nich to mowa, pędzili swoje życie śród zalesionych gór, pędzili jeszcze cholera wie co, a to, co upędzili, pozwalało im pędzić jakoś do przodu. My, miastowi, byliśmy postrzegani, jako dziwoludy. Nikt wtedy jeszcze w nas nie widział worka z pieniędzmi, który należy w noclegowni rozpruć, oferując jazdy konikami, wygibusy na nartach i lepienie garnków z gliny przy herbatce z trawek łąkowych. Turystyka w wydaniu „agro” w Bieszczadzie jeszcze nie istniała. Wokoło kilka domów, bar-mordownia, kiosk z piwem (taki w kształcie beczki) i schronisko dla dziwaków, którzy to po jakąś cholerę chcą na darmo łazić z miejsca na miejsce. I to był koniec Ustrzyk. Zadupie wtedy tak straszne, że człeka miastowego wgniatało w pobocze po wyjściu z autobusu. Przyzwyczajony do zgiełku, zamętu i ruchu człek nagle lądował w miejscu, gdzie było słychać……ciszę. Cisza tutaj miała swój dźwięk, ona grała w uszach wiatrem, kwoczeniem kilku kur. Było prawie słychać tętnienie masywów górskich……a może to krew tak tętniła w uszach? Kiedy wreszcie autobus zebrał siły i pojechał w czorty, na przystanku zostaliśmy we trzech. Autochtoni rozeszli się do swych domów, a my…..hmmm, gdzieś trzeba by przekimać. Padło na schronisko….no, bo nigdzie indziej paść nie mogło. Nie było innego przytuliska, prócz dodatkowego pola namiotowego. Na on czas schroniska górskie miały obowiązek przytulić każdego po zmroku. Na wyjście w szlak było za późno to i zadekowaliśmy się na noc we wspomnianym przybytku.

Rano w drogę. Na pierwszy strzał poszła pętla przez Tarnicę i Wołosate z powrotem do Ustrzyk. Na drugi dzień Połonina Caryńska pokłoniła się nam. Tego dnia nie zapomnę nigdy. Padły obydwie Połoniny w jednym przejściu i Caryńska i Wetlińska. Po dziś zastanawiam się, jak tego dokonaliśmy. Po Bieszczadach chodzę po dziś dzień i fizycznie byłoby to dla mnie teraz nieosiągalne. Ot, pierdołowacieje człowiek. Do Wetliny dotarliśmy po zmroku i wpadlim w opiekuńcze ramiona Piotra Ostrowskiego, ówczesnego szefa na schronisku PTTK. Cudowny brodacz, z którym moja przyjaźń serdeczna trwa do dziś, a moja córka, będąc jeszcze małą, wierzyła, że Pietrek w brodzie hoduje pszczoły.

Późno było, jednak pokój się znalazł. Nawet nie pamiętam, jak poranne słońce postawiło nas na nogi. Rabia Skała – Okrąglik i cel – Cisna. Znowu szlak, znowu zbrodnicze kilometry i walka z czasem. Schronisko, sen i dawaj – Chryszczata, Duszatyn i do Komańczy. Tu nastąpił kres wędrówki. Nigdy więcej takiej wyrypy!

Dziś sobie myślę, po jaką cholerę człowiek tak gnał? Nic nie widział, nie odpoczął, otargał się cholera wie jakich gratów (toporki, saperki, kochery…po ciul to komu?) i ….no właśnie, i nic z tego. Guzik tam prawda, jeśli chodzi o te opowieści o przygodzie, o wędrówce, o dzikiej przyrodzie. To była katorga.

Teraz jest inaczej, ale tego trzeba było się nauczyć. A żeby się nauczyć, trzeba było najpierw zasmakować takiego, nazwijmy to sobie, wyczynowego biegania po bieszczadzkich pagórkach. Trzeba było pojąć sens wędrowania i odpoczywania zarazem. Zaplanowanie trasy, odpoczynków, popasów to podstawa. Tu musi być czas na posiedzenie, trzeba pogapić się, pomoczyć nogi w potoczku. Trzeba wypić przynależny napój chmielowy, bo tego chce Duch Gór. Trzeba o poranku mieć czas na odsłuchanie ptaszęcych treli, trzeba wyłowić zaokienną muzykę i nasmarować nią mózg. Młodość wymuszała na człowieku pęd do tego, by zagarnąć jak największy kilometraż gór, aby zwinąć jak najwięcej kolorowych pasków z mapy. Teraz nareszcie zauważam to, co przesuwa się na szlaku obok mnie. Niestety, z lekkim żalem wspominam czas, kiedy to na studiach dosłownie przegoniłem góry od wschodu do zachodu – Beskidy wszelakie, Tatry, Gorce, Pieniny, Sudety…..i niewiele widziałem. Tylko ranek, trasa, wieczór, impreza i ranek…..i no i co? I nic. Dziś tych tras już nie odrobię chyba (choć się nie zapieram, bo nogi jeszcze jako tako chodzą). Tak i napominam wszystkich przyszłych górołazów – nauczcie się patrzeć. Skróćcie trasę, przysiadajcie częściej, rozmawiajcie z ludźmi i patrzcie. To wszystko zapisze się na dysku w czaszce i wspomnienia takie niejednokrotnie ubarwią późniejsze życie., bo co raz częściej to życie staje się po prostu szare….nie raz nawet przezroczyste i nijakie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *