Rozmyślanie o czasie

W opowiadaniu traktującym o Miśku użyłem górnolotnej perełki słownej „smakować czas”. Wielce to trudna umiejętność, a w obecnych czasach w zasadzie w zaniku totalnym. Zwróćmy uwagę, jak wygląda nasz dzień? Ranek – zapieprz, praca, gonitwa, bylejakieżarcie, i wieczór, czasem sromotnie późny wieczór. Zero rodziny, zero rozmowy, zero odpoczynku. Często robota zabrana do domu, wyro, chory sen i……ranek. Nim się człek obejrzy, kupa lat poszła cholera wie gdzie.

Praca nad opanowaniem tej podłej przypadłości nam współcześnie co raz bardziej rozpełzającej się paskudnymi, mózgożernymi mackami między ścieżki naszego bytu jest procesem trudnym, jednak wykonalnym. Primo – wszystko tutaj zależy tylko od nas samych. Musi nastąpić taki moment, kiedy to człowiek usiądzie na dupie, wejdzie w siebie i stwierdzi „jasna cholera, co działo się do tych czas? Gdzie są ludzie, kiedy dzieci mi porosły, co się działo?” Wtedy to niechcący może okazać się, że w niejednym przypadku był to czas niestety, ale stracony. Ktoś zaraz zripostuje – panie, jaki stracony. Dzięki codziennej orce mam samochód, mam dom z ogrodem, mam pracę, mogę na 10 dni wyskoczyć na Cypr……..no i co z tego? Czemu to służy? Jednak spokojnie, wszystko w tej materii można nadrobić. Trzeba solidnie przewartościować swoje życie, swoją codzienność. Wtedy wychodzi nagle na jaw, że robimy bardzo dużo, ale dla siebie – nic, o. No właśnie – to „dla siebie” jest sednem naszego problemu. Wielu z nas ma swoje hobby – począwszy od np. moich chrząszczy, a skończywszy na czytaniu książek czy rozwiązywaniu krzyżówek. Ilu z Was działało cokolwiek ostatnio wokół własnych zainteresowań, nie szefa, nie znajomych, ale swoich własnych, skrytych gdzieś w czeluściach duszy? Dawno temu Ktoś zbierał znaczki, żołnierzyki, pudełka po zapałkach, robił suche bukiety lub szydełkował. No i szlag to wszystko trafił z powodu codziennej gonitwy…..za niczym. Ja też tak gnałem, byle do przodu, byle dzień minął. No ale nagle okazało się, że na ciul mi ten dzień? Nic mi po nim nie pozostało, jak zmęczenie, ból głowy i wewnętrzne drżenie spowodowane zapieprzem. Teraz mając już troszkę „krzyżyków” na plecach zaczynam świadomie ściągać cugle czasowej kobyle, która to wydarła mnie w życie pozostawiając za sobą kurz minionych dni, lat. Całe szczęście, dzięki mym Rodzicom w tym kurzu jest wiele przejrzystych przystanków, które we wspomnieniach wracają i kurz czasu rozdmuchują. Niejeden jednak człek za sobą ma tylko kurz, często gorzki, piekący, lub nie raz całkowicie nijaki, bezpostaciowy, niepamiętny. Tak i wspomnianą kobyłę za pysk i stop! Teraz pojedziemy franco jedna tak, jak ja ci każę. Jak już onegdaj wspomniałem w innej opowiastce, hamulca życiowego nauczył mnie używać Misiek. To było na pewnym bieszczadzkim wyjeździe. Razem z moją klasą siedzieliśmy między namiotami u stóp Smereka i z lekka obibocznie traktowaliśmy przepływający czas. Nicnierobienie opanowało całość. Misiek siedział na krzesełku, pił herbatę i gapił się na Smerek, słuchając ptasich pitoleń. Sumienie mnie dręczyło, że się mi Misiek nudzi, przyjechał kawał świata, a się nudzi. Zacząłem coś na ten temat rzęzić i wtedy padły światłe w swej mądrości słowa, słowa, które to zaczęły sterować całym mym późniejszym życiem – „Mazep, daj spokój. Siedzę, odpoczywam, piję sobie herbatkę, mam wszystko w dupie, słucham ptaków…….ja bym teraz tak godzinami mógł. Ja to lubię, mnie to uspokaja”. Wtedy myśl jasna spaliła mi ślepia od czaszki strony. Przecie to jest to!!! Trzeba umieć stanąć, nawet w mieście, w codziennej gonitwie. Podnieść głowę i nagle zobaczyć, że codziennie od lat mijany balkon w starej i obskurnej kamienicy ma cudowną balustradę, majstersztyk sztuki metaloplastycznej. Że balkon ten jest wsparty na filigranowych stalowych smokach. Że na gzymsie nad balkonem są maszkarony pamiętające początek ubiegłego stulecia. I to jest to! Minuty, sekundy, ale dzięki nim dusza nasza ulatuje do równoległych światów, światów, w których czas płynie teraz tylko dla nas. To co widzimy jest nasze i pies olał wszystko pozostałe. Wtedy to przestałem gnać przez życie. Wtedy nauczyłem się tego, że idąc przez las należy na dupie usiąść. Nagle okazuje się, że prócz zielonej naokólnej masy są jeszcze puchate poduchy mchów, mrówki pędzą swoje zapracowane życie, ptaków wokoło jest do licha, a płynący strumieś pachnie świeżością. Wtedy poczułem, że bieszczadzka ścieżka pachnie buczynową butwą, roztoczańska łąka aż się telepie od gaworzenia owadów, a nadbużańska skarpa otumania wonią ziół. Polecam gorąco – nauczmy się wycinać z codzienności fragment czasu tylko dla siebie i swoich bliskich. To nie jest samolubstwo, to główna zasada prowadząca nas do tego, abyśmy mogli spokojnie powiedzieć kiedyś sobie – „fajnie było, nie żałuję”. Co nam przyjdzie z gonitwy, kiedy nagle staniemy przy końcu tej bieżni, a za nami pozostanie tylko kurz? ….a do mety będzie co raz bliżej. Ba, nikt z nas nie zna przynależnego mu dystansu i nie wie, kiedy zobaczy napis META.

Carpe diem mości Państwo, carpe diem!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *